Joanna Lorenc z Londynu

Warsztaty w Conflict&Change

Warsztaty w Conflict&Change

Jak to jest mieszkać przez rok w Londynie? Jak to jest być wolontariuszem w tak ogromnym mieście? Co się traci a co się zyskuje? Co się pamięta najlepiej?

Po długich i wymagających studiach na dwóch kierunkach bardzo brakowało mi działalności, w której mogłabym po prostu dawać swój czas komuś, kto go potrzebuje i wspierać inicjatywy, które służą innym. Jednocześnie ogromnie bałam się Londynu jako stolicy kraju, w którym o statusie społecznym ma decydować stan opanowania języka i fonetyki angielskiej. Mimo to zdecydowałam się na to, gdyż stwierdziłam, że prawdopodobnie możliwość oddychania londyńskim smogiem, i to przez rok, nie przytrafi mi się równie szybko!

Trafiłam do organizacji, która działa w jednej z najbardziej zróżnicowanych etnicznie dzielnic miasta. Jednocześnie panuje tam 20% bezrobocia i taki sam procent przekłada się na palaczy nikotyny (według doniesień sondaży z 2011 roku) i są to wskaźniki najwyższe w Londynie.

Zatem powinna to być dzielnica zdeprawowana.

Przed poznaniem tych wskaźników zapytałam moją koordynatorkę, czy tu jest bezpiecznie.

- Tak. To znaczy: jeśli nie jesteś młodym czarnym mężczyzną, to tak.

Wówczas mój wzrok wylądował na metalowym pudełku ustawionym na ulicy, z napisem „Bin your knife” („Wyrzuć swój nóż do kosza”).

Po roku pobytu mogę jednak śmiało stwierdzić, że Newham jest jedną z najbardziej gościnnych dzielnic, w jakich kiedykolwiek mieszkałam. Może tylko przegrywa z moją rodzinną wsią, zamieszkałą przez około 600 osób, z których oczywiście wszyscy się znają i pierwszą zasadą współżycia jest mówienie wszystkim "dzień dobry".

Jednym z zadań mojej organizacji było właśnie budowanie pozytywnego współżycia między sąsiadami. Bezpośrednim środkiem oddziaływania były mediacje. W momencie, kiedy dwie partie pokłócą się i wyrażą zgodę przystąpić do mediacji, przychodzą nasi dwaj przeszkoleni wolontariusze, których zadaniem jest doprowadzić do takiego rozwiązania konfliktu, które będzie możliwe do przyjęcia przez obie strony oraz w miarę możliwości – wygenerowane przez nich samych. Zadaniem więc mediatora jest prowadzenie rozmowy w taki sposób, by właściwie poznać istotę problemu, a następnie doprowadzić do jego jak najlepszego rozwiązania. Bez oceniania. Bez sugerowania. Bez obwiniania. Mediatorzy zanim się nimi staną, przechodzą co najmniej ośmiodniowy trening oraz są dopieszczani formacją ciągłą, która w zależności od możliwości organizacji może być niesamowicie ciekawa.

Jednak Conflict and Change działa także zanim pojawi się konflikt. Inne ciekawe oblicze tej organizacji to projekt „Rozmowy wspólnotowe”. Przepis: wziąć jak najwięcej uczestników, bez względu na kolor skóry, wyznanie wiary, czy nawet poziom angielskiego. Doprawić szczyptą wolontariuszy o dobrym humorze i wysokich umiejętnościach komunikacyjnych. Pozwolić wygadać się. Poprowadzić rozmowę tak, aby każdy miał prawo głosu, choćby tylko przez chwilę, i aby każdy był tak samo ważny. Bez oceniania. Bez wartościowania. Ze wzajemnym szacunkiem, który poprawia samopoczucie.

Co robi wolontariuszka? Działa głównie na zapleczu, czyli zaprasza gości, projektuje plakaty, ogłasza, poznaje ludzi i organizacje. Dzwoni do wolontariuszy i klientów z pytaniem o dyspozycyjność. Uzupełnia bazę danych. Uczestniczy w życiu dzielnicy oraz w życiu kulturalnym buzującego miasta (w którym można znaleźć dosłownie wszystko, od teatru Szekspira po warsztaty sztuki przetrwania). Ucieka z miasta od czasu do czasu, odwiedzając inne miejsca w Wielkiej Brytanii. Spotyka się z ludźmi z całego świata. Poznaje religie, o których istnieniu nie miała pojęcia. Docenia wielość i różnorodność i uczy się budować mosty. Poznaje nowe formy dialogu. Chyba się przydaje.

Wolontariat sfinansowany ze środków programu "Młodzież w Działaniu"